Poznaj fragmenty książki

Fragment rozdziału pt. „O ciszy, która przychodzi z wewnątrz nas"
Boimy się ciszy, bo nas obnaża. Stawia oko w oko z nami samymi - bez możliwości odwrotu. Cisza przynosi nurtujące myśli i głębokie refleksje, które hałaśliwy świat zabija. Stawia pytania, przed którymi nie sposób uciec. Nie umiemy trwać w ciszy, nikt nas tego nie nauczył. Nie tego przecież oczekuje od nas współczesny świat - on wymaga od nas ciągłego ruchu, energii, niewyczerpanych pokładów siły. Nieustannej gotowości i entuzjazmu wobec życia na najwyższych obrotach.
Cisza zaś to zatrzymanie, zapatrzenie, zamyślenie. To świadome zwrócenie się ku sobie, ku swoim potrzebom, ku niespieszności. Pozwala nam zatrzymać się na chwilę, zadumać, zamknąć oczy na to, co widzialne - otworzyć zaś na to, co umyka wzrokowi. Przynosi nam spokój i wytchnienie, przypominając, że potrzebujemy balansu. Abyśmy mogły należeć do świata zgiełku, musimy być także częścią świata ciszy. To, co intensywne i porywające, musi przeplatać się z niespiesznym i łagodnym. Harmonia świata opiera się na połączeniu przeciwieństw. Noc przechodzi w dzień, lato ustępuje zimie. My także, aby trwać, potrzebujemy ruchu i bezruchu, wschodów i zachodów słońca, zgiełku i bezkresnej ciszy. Aby nabrać energii, trzeba przecież zanurzyć się w spokoju.

Fragment rozdziału pt. „O trudnej sztuce zostawiania za sobą"
Te słowa przyszły do mnie wiele lat temu. W pewnym trudnym i przełomowym momencie mojego życia, gdy zagubiona nie potrafiłam odnaleźć się w natłoku zdarzeń – były jak wytchnienie, jak latarnia morska tląca się w ciemności, a wskazująca drogę do domu. Nauczyłam się ich wtedy na pamięć, wiedząc, że dzięki temu zostaną ze mną na dłużej. Kartki, notatniki bywają zbyt ulotne, zbyt łatwo zagubić je na przestrzeni lat.
„Wszystkie zmiany, nawet te najbardziej upragnione, mają swoją melancholię; to, co zostawiamy za sobą, jest częścią nas samych; musimy umrzeć dla jednego życia, zanim będziemy mogli wejść w drugie”. Anatol France
Od lat niezmiennie zachwyca mnie przewrotne piękno tej myśli. Głęboka, dojmująca prawda, że nie da się przejść przez życie bez straty. Że zawsze są dwie strony – jasna i ciemna – z którymi musimy jednakowo się zmierzyć. Że coś musi się skończyć, aby coś innego mogło się zacząć. Że całe nasze życie składa się z wyborów, których dokonujemy. A te wybory mają swoje konsekwencje – wymagają od nas działania, podejmowania decyzji. Wprawiają nas w ruch. Niczym żeglarze przybijamy do kolejnych portów, odkrywając ich piękno i bogactwo – nowe, jeszcze nam nieznane. Jednak każdy nowy port oznacza opuszczenie jakiegoś innego – bezpiecznej przystani, do której być może zdążyliśmy już przywyknąć, zadomowić się.
Każdy nowy rozdział naszego życia jest jak taki port, który opuszczamy – zasmucone końcem jednej wyprawy, a jednocześnie podekscytowane nową. Tęskniące za tym, co utracone, a już otwierające oczy i serce na inne, nieznane; na to, co dopiero majaczy na horyzoncie. Płyniemy przez życie od przystani do przystani – dorastając, dojrzewając, odkrywając siebie. Godząc się ze stratą, ucząc zostawiać minione za sobą. Przełykając gorzki smak porażki, poznając słodycz zwycięstwa. Wszystko w tej podróży jest pierwsze i nieznane. Każdy jej rozdział to bezcenna lekcja.
W życiu każdej z nas przychodzi taki moment, gdy musimy zostawić coś za sobą. Coś dobrego lub wręcz przeciwnie. Coś za czym będziemy tęsknić lub coś, o czym chcemy jak najprędzej zapomnieć. Coś, co jest darem lub całkiem odwrotnie – przekleństwem. Nie da się tego uniknąć. Aby pójść dalej, aby coś zmienić – musimy nauczyć się zostawiać za sobą. Zostawiać to, co już minęło, co zamknęło się dla nas bezpowrotnie. Zostawiać to, co nam nie służy, aby móc wzrastać. Czasami zaś zostawiać coś nieskończenie dobrego po to, aby otworzyć nowy rozdział, zacząć nowy etap. Jak przepięknie napisał Anatol France – „wszystkie zmiany, nawet te najbardziej upragnione, mają swoją melancholię – to, co zostawiamy za sobą, jest częścią nas samych”.

Fragment rozdziału pt. „O wychodzeniu samej sobie naprzeciw"
Najpierw ta ścieżka jest wąska, cienka, potem coraz szersza, coraz mocniej odciśnięta, aż zamienia się w szlak. Twój szlak. Suma Twoich wyborów i doświadczeń, każde „tak” i każde „nie”, miliony chwil splecionych ze sobą nierozerwalnie. Wschody i zachody słońca, miarowy takt czasu płynącego niepostrzeżenie od dnia do dnia, od godziny do godziny. Chwile wielkie, podniosłe i te całkiem drobne, z których utkana jest nasza codzienność.
Przychodzi taki moment, gdy jesteś gotowa iść własną drogą. Dokonywać własnych wyborów, uczyć się na swoich błędach, pisać własną historię. Dojrzewa w Tobie poczucie sprawczości, odpowiedzialności za swój los - niezłomne przekonanie, że chcesz i potrafisz nadać swojemu życiu upragniony kształt. Że chcesz sama być sobie sterem i okrętem - chwytać wiatr i płynąć tam, gdzie prowadzi Cię serce. Nastaje taki dzień, gdy jesteś gotowa wyjść samej sobie naprzeciw. Dostrzec to, co w Tobie jasne i piękne, ale także zmierzyć się z ciemną stroną istnienia, od której nikt z nas nie jest wolny. Stawić czoła temu, co trudne i skrajne; co odciska się na nas bolesnym piętnem. Spojrzeć w oczy lękom i smutkowi - z gotowością, aby wyjść im naprzeciw, zamiast zagłuszać i odsuwać od siebie bez końca.
Im starsza jestem, tym mocniej rozumiem, że nie ma takiego miejsca na świecie, do którego mogłybyśmy uciec od samych siebie. Każdy porzucony strach, każda odepchnięta potrzeba, każda niespełniona nadzieja - prędzej czy później wrócą do nas ze zdwojoną siłą. Nie buduj swojego stosunku do samej siebie na ucieczce, na odwracaniu oczu od tego, co trudne i bolesne. Zechciej wychodzić sobie samej naprzeciw - nawet, jeśli nie zawsze są to łatwe spotkania.